Turbacz
Turbacz to najwyższy szczyt Gorców,- pasma górskiego leżącego w Beskidach Zachodnich. Nazwa spotykana w aktach od 1254 roku, pochodzi od słowa gorzeć i związana jest ze sposobem uzyskiwania polan śródleśnych. Na Turbacz wchodziłem w zimie i od strony Nowego Targu. Dawno temu, jeszcze w szkole średniej - było łatwo i płasko. Postanowiłem wybrać inny szlak. Wędrówkę rozpoczęliśmy w Koninkach. Przed wejściem do rezerwatu znajduje się duży parking. Jeszcze tylko bilety i można ruszać.
Niebieski szlak z początku wygląda na bardzo prosty - asfaltowa droga łagodnie wznosząca się ku górze sugeruje łatwą wspinaczkę. Po chwili jednak szlak biegnie w lewo leśna droga staje się stroma i miejscami kamienista. Co jakiś czas łagodnieje po to, by za chwilę wznieść się stromo w górę, pnąc się po zboczu Turbacza. Czasem można trafić na drewniane “mostki” i strome schody. Większość traktu zalesiona i ciemna, co zważywszy na czyste niebo było dla nas korzystne. Po godzinnej, mozolnej wspinaczce las przechodzi w polany i mimo, że niebo lekko się zachmurzyło, można podziwiać cudowne widoki. Po stromych schodach, błotnistych i zabezpieczonych balami ostatni odcinek jest zaskoczeniem - prawie płaski, czasem w dół czasem w górę Czoło Turbacza i Hala Turbacza z papieską kaplicą. Słońce ogrzewa nas, wyłaniając się co jakiś czas zza chmur. Powietrze pachnie świeżością, z oddali dochodzi nas beczenie wypasanych owiec. Ludzi prawie nie ma, co jest dla mnie kolejnym atutem wybranej trasy - w ciszy i spokoju obserwujemy piękno Beskidów. Przed wejściem na sam szczyt można posilić się w schronisku, zjeść pierogi, albo ciasto z jagodami, które rosną nieopodal. Sam szczyt to już tylko formalność .Niegdyś zalesiony, teraz pokryty kikutami wyschniętych pni. Zdjęcie przy pomniku i od razu ruszamy w dół. Schodzimy szlakiem czerwonym. Łagodnym, urokliwym i pełnym dojrzałych jagód. Droga urozmaicona, kamienista a miejscami grząska, błotnista, pełna rudo-zielonych kałuż. Po prawej stronie mijamy miejsce katastrofy samolotu. Po chwili skręcamy w prawo na zielony szlak. Mijamy Suhorę i Tobołów. Droga całkowicie odmienna, lekko opadająca, bardziej przestrzenna. Dla nas to zbyt łatwe i mało ekscytujące. Przy Tobołowczyku jednogłośnie podejmujemy decyzję o zmianie trasy na bardziej ekstremalną - chcemy skrócić drogę i porzucamy wygodny szlak, aby zejść trasą narciarską, nieopodal nieczynnego wyciągu. Droga stroma i kamienista to prawdziwe wyzwanie dla obuwia i mięśni. Taki finał to wspaniałe ukoronowanie wycieczki. Zmęczeni, ale radośni wracamy do Jaworzna, po drodze planujemy wycieczkę na kolejny dzień.
Trasa:





















Komentarze
Prześlij komentarz