Skrzyczne inaczej
Jak przystało na Bieszczadzkie Janioły wybraliśmy się właśnie w Beskidy. Początkowo planowaliśmy krótką trasę rodzinną na Malinowską Skałę, ale nasz skład ostatecznie zawęził się do dwóch osób i postawiliśmy na pełen spontan. Start o siódmej z Lipowa-Ostre - niebieska kropa. Jest coś magicznego w rozpoczynaniu trasy od początku szlaku, coś tak magicznego, że ostatnio mam coraz większą chęć na pokonywanie całych szlaków - od kropki do kropki.
Niebieski szlak na Skrzyczne zaczyna się stromym podejściem. Idziemy lasem, co jakiś czas można obserwować piękne panoramy, ale głównie obcuje się tu z przyrodą. Po drodze mijamy się z biegaczami wracającymi już ze szczytu. Mijamy pomnik na Hali Jaskowej, po paru minutach wychodzimy nad linię drzew i od tej pory, prawie do końca mamy okazję podziwiać niesamowite widoki. Pogoda zaczyna się klarować, słońce nieśmiało wygląda zza chmur. Humory nam dopisują. Na około 1000 m. n.p.m. leży śnieg. Uwielbiam ten okres kiedy na dole nie ma śladu po zimie, a w wyższych partiach jest jeszcze biało. Piętnaście minut przed dziewiątą jesteśmy w schronisku. Turystów brak. Pierwszy raz chyba widzę pusty, drewniany taras na Skrzycznem. Ciepła kawa, leżaki i rozmowa z młodymi turystkami. Dziewczyny przyjechały aż z Wrocławia i zdobywają kolejny wierzchołek z KGP. My się nie spieszymy. Piętnaście po dziewiątej jesteśmy na szczycie. Byłem tu kilka razy, ale muszę się przyznać, że pierwszy raz stanąłem pod znakiem “Skrzyczne 1257 m NAJWYŻSZY SZCZYT BESKIDU ŚLĄSKIEGO”. Można więc powiedzieć, że pierwszy raz w życiu zdobyłem tą górę. Ruszamy w kierunku Malinowskiej Skały. Śnieg pod nogami, cudowna trasa, wspaniała pogoda - czego można więcej pragnąć w życiu? Na Małym Skrzycznem jesteśmy za dwadzieścia dziesiąta. Po drodze mijamy grupy narciarzy biegowych, młodzi uśmiechnięci, nie siedzą zamknięci w domach, nie dają się omamić pandemicznym historiom. Po pół godziny sesja zdjęciowa na Malinowskiej Skale i przerwa na uzupełnienie elektrolitów. Tryskamy energią i entuzjazmem, więc wydłużamy trasę. Początkowo planowaliśmy wracać żółtym, ale zostało nam jeszcze tyle dnia, że grzech zmarnować. Idziemy zielonym szlakiem kolejno przez Zielony Kopiec, Gawlasi i Magurkę Wiślańską. Cały czas niezmiennie panorama na okoliczne łańcuchy górskie. Przy skrzyżowaniu z czerwonym rzucam propozycję, żeby wejść jeszcze na Baranią Górę, ale niestety zostaje u mnie natychmiastowo zdiagnozowana choroba Foresta Gumpa. 🙂 Idziemy więc czerwonym na Magurkę Radziejowską, a potem zielonym - stromo, wśród drzew - na Muronkę i do Lipowej. Na parkingu jesteśmy za piętnaście druga.

































































Komentarze
Prześlij komentarz