Grań Rohaczy

 


Tego dnia wstałem wcześnie w nocy. Właściwie to nie było sensu się kłaść, ale ostre zapalenie krtani, jakie przechodziłem utoczyło ze mnie sporo sił witalnych. Tak więc po trzech godzinach niespokojnego snu przebudziłem się. Trochę po dwunastej. Nie ujmę tego słowami "rześki i wypoczęty", ale gorączka zeszła całkiem, więc bez większych skrupułów mogłem ruszyć na wyprawę. O godzinie piątej byliśmy już na parkingu przy Chacie Zverovka. Poranek ożywił nas chłodnymi powiewami zbliżającej się jesieni i lodowatą rosą lgnącą zachłannie do butów, przenikającą przez cienki materiał i wysysającą cenne ciepło. Za stacją kolejki skręciliśmy w las. Rozmyte kręgi światła z czołówek wydzierały nieśmiało teren zaanektowany jeszcze przez mrok kończącej się nocy, w oddali słychać było porykiwania niedźwiedzi a my pięliśmy się spokojnie w górę.

Ciemności w końcu ustąpiły, a w czasie wchodzenia na Brestovą mogliśmy podziwiać teatr wschodzącego słońca i morze chmur, przykrywających pobliskie doliny. Niestety zdjęcia nie są w stanie przekazać magii tamtego poranka. 



Pomimo cudownej aury, nie była to dla mnie wymarzona droga. Zwykle pełen entuzjazmu, ale nie tym razem - choroba odbierała mi siły, ledwo przesuwałem się do przodu, powłócząc nogami i zastanawiając się czy dam radę przejść chociaż do Banikova. Pociłem się niemiłosiernie ale krok za krokiem, mozolnie parłem do przodu. Na Brestovą dotarliśmy piętnaście minut po siódmej. Złapałem oddech, a radość ze zdobycia pierwszego szczytu przesłoniła trochę niemoc osłabionego ciała. 


Drugi wierzchołek Salatynów powitał nas o ósmej. Ciekawostką może być, że wyższy ze szczytów nie jest oznaczony tabliczką i wielu turystów mija go, nie zwracając uwagi. Godzina zapasu względem mapy. Wpadłem w swój rytm wędrówki, nogi załapały rutynę, oddech się uspokoił, przestałem kaszleć. Dziewczyny leciały z przodu a ja z lubością wygrzewałem się w promieniach słońca. W końcu zaczęła się ta ciekawa i wyczekiwana część dzisiejszej trasy - skalista grań ciągnąca się z przerwami aż do zejścia z Rohacza Ostrego.
Przerwa na posiłek i o dziewiątej trzydzieści stanęliśmy na Spalonej. Szczerze to gdyby nie mapa, nie wiedziałbym, że to tu właśnie jest wierzchołek. Szlak słabo oznaczony a wydeptane dzikie drogi potrafią wprowadzić w błąd, dlatego trzeba uważnie wędrować, żeby nie ominąć atrakcyjnych fragmentów prowadzących przez skaliste granie. Kilka razy zdarzało mi się wracać, albo piąć się po kamieniach w górę, bo zmyliła nas dzika ścieżka. 
Równo o dziesiątej zameldowaliśmy się na Pachole, pierwsza część grani za nami. Mimo dość zimnego wiatru, było gorąco. Humory dopisywały. Na szlaku pusto, jednak przy podejściu na Banikova zaczęliśmy mijać większe grupy ludzi. Nie zbyt mnie to zdziwiło, wszak ta część czerwonego szlaku jest dużo chętniej odwiedzana przez turystów.  
Banikov i ponad godzinny zapas czasu względem mapy. Tłumów nie było, ale o ciszy i sprawnym pokonywaniu trudności można zapomnieć. Na łańcuchach w okolicy Banikovskiej Ihli dużo turystów nie obeznanych ze szlakiem i zaskoczonych stopniem trudności tej części. Nie powiem, że droga jest ekstremalna, ale lęk wysokości może tutaj stanowić nie lada problem. Tą częścią szlaku szliśmy w czerwcu, więc nie będę się tutaj zbytnio zachwycał. Wtedy też nieśmiało rodził się w głowie plan dzisiejszej wyprawy. Nieśmiało, bo nie było kondycji i wiary w swoje siły, ale sezon był tak cudownie intensywny, że moje ciało i świadomość dokonały niesamowitego przeskoku. Patrząc wstecz wydaje mi się, ze chodzę po górach od lat, a tak na prawdę trwa to bardzo krótko. Z resztą kto śledzi ten pamiętnik - wie doskonale. 
Hruba Kopa, Tri Kopy, aż do Smutnej Przełęczy - masa turystów, jak na Słowację, bo u nas jest nieporównywalnie tłoczniej. Na szczęście większość omija stricte szlak, nie idzie granią, tylko bocznymi ścieżkami. Pomimo tego co chwila trafialiśmy na zatory i dziwne sytuacje. Bardzo początkujący turyści z dziećmi albo pozowanie w miejscach gdzie może to spowodować wypadek to była norma. Nie chcę krytykować, albo oceniać, bo wiem, że każdy ma swój wymiar chodzenia po górach. Że ludzie wpadają w panikę, kiedy tylko spadnie kropla deszczu, albo próbują wymuszać zawrócenie ze szlaku tylko po to, żeby utwierdzić się w swojej prywatnej decyzji o przerwaniu wycieczki. Takie sytuacje chociaż irytujące są w pełni dla mnie zrozumiałe. Ale pretensje, że akurat ktoś jest na szczycie i nie można zrobić zdjęcia przy tabliczce z nazwą - bo "ciągle ktoś łazi" - takie sytuacje gotują mi synapsy w mózgu. Nigdy nie zrozumiem tego typu egoizmu w górach.
Rohacz Płaczliwy
Rohacz Ostry
Rohacz Ostry
Pomimo dużej ilości chmur widoków nie brakowało. Spotkaliśmy się też z wycieczką PTT Jaworzno, która zdobywała dzisiaj Rohacze. Uściski, pozdrowienia, wymiana wrażeń. Takie gesty są miłe i zawsze budują, sprawiają, że człowiek czuje się częścią czegoś większego - społeczności miłośników gór. Szczyt Rohacza Ostrego wymagał trochę skupienia, ale to z powodu niecierpliwych, przepychających się ludzi oraz tych, którym z kolei wcale się nie spieszyło i pozowali do zdjęć po kilka ładnych minut na "Rohackim Koniu". Szczerze, to odcinek od Spalonej do Smutnej Przełęczy jest dla mnie dużo bardziej atrakcyjny niż część rohacka i nie ukrywam, że w dużej mierze spowodowane jest to ilością odwiedzających oraz stanem technicznym szlaku. 
Wołowiec - przedostatni szczyt dzisiejszej wycieczki - godzina piętnasta trzydzieści. Toast, radość, satysfakcja i sushi Elżbiety w tle. Mogliśmy sobie już pozwolić na świętowanie.
Rakoń - ostatni z dzisiejszych szczytów. Zejście do Zverowki to jedynie formalność. Był to także ostatni tatrzański projekt tego roku, odpowiednie ukoronowanie niesamowitego sezonu. Dziękuję wszystkim uczestnikom szalonych pomysłów, czasami ponad siły, ale zawsze szczęśliwie doprowadzonych do końca. Co przyniesie przyszły rok - nie wiadomo, ale pewne plany się klarują. Na pewno będzie jakiś długodystansowy szlak i Orla Perć na otwarcie sezonu Tatr Wysokich. Może coś poza szlakiem. Chciałbym się również skupić bardziej na planach biegowych.  Ale jak dokładnie i co się wydarzy - tego nie będę zgadywał. Jedno jest pewne miłość do gór pozostanie.

Przeszliśmy dzisiaj przez: Brestową (1934m), Salatyn (2048m), Mały Salatyn (2046m), Spaloną (2083m), Pachoła (2167m), Banikov (2178m), Hruba Kopa (2166m), Tri Kopy (2133m, 2166m), Nohavica (2051m), Rohacz Płaczliwy (2125m), Rohacz Ostry (2088m), Wołowiec (2064m), Rakoń (1879m). W Zverovce byliśmy piętnaście minut przed osiemnastą. 

Komentarze

Popularne posty