Uleczyłem swojego ducha w zaniedbanym ciele.
Można by uznać, że zmieniać swoje życie zacząłem dwa lata temu, kiedy postanowiłem wystartować w Biegu Rzeźnika. Można też powiedzieć, że cztery lata temu, kiedy stwierdziłem, iż moja egzystencja jest pozbawiona sensu. Ale przecież nie jestem osobą zawieszoną w próżni, oddzieloną od innych dźwiękoszczelną barierą, żeby twierdzić, że to moja zasługa. Społeczeństwo gloryfikuje cechy takie jak upór, konsekwencja, dążenie do celu, niezłomna wiara i inne podobne. Przez to często zapominamy, że kształtują nas interakcje z ludźmi, których spotykamy na swojej drodze. Z pozoru niewinne słowa, informacje albo zdarzenia wykuwają naszą osobowość. Bez tych ludzi, bez ich wpływu nie byłoby osiągnięć, sukcesów, bylibyśmy całkiem inni. Moją intencją jest dzielenie się przeżyciami, entuzjazmem, radością, miłością do gór i aktywności fizycznej w każdej postaci. Z wdzięczności do wszystkich, którzy mnie inspirowali, chciałbym zachęcać do chociażby wyjścia za próg, bo tam czeka przygoda.
Kiedyś byłem osobą stroniącą od ludzi, nerwową, trudną. Większość czasu spędzałem przed ekranem komputera, grając, pracując, żyjąc we własnym świecie, bańce pielęgnowanej przez ubogie samolubne ego. Kontakty z innymi wywoływały u mnie niechęć a czasem nawet złość i wybuchy gniewu. Kochałem maszyny, muzykę, samotność. Nienawidziłem ludzi. Lubiłem też alkohol. Nie byłem uzależniony, ale był dla mnie ucieczką od problemów w pracy, rodzinnych, dzięki niemu stawałem się osobą radosną, towarzyską i zabawną. Co najgorsze, wydawało mi się to normalne a wręcz dobre. Poza tymi chwilami z asystą procentów czułem się naprawdę paskudnie – wieczne lęki, niechęć, brak motywacji, gniew odbierały mi siły. Po prostu nie chciało mi się żyć.
W 2020 zacząłem zauważać, że rzeczywistość nie pokrywa się z tym co na co dzień widzę, że nie jest to dobre. Cierpiałem i co gorsze, sprawiałem przykrość tym, których kocham. Próbowałem zmienić sposób myślenia, nawyki, ale jakoś zawsze znalazła się wymówka albo przeszkoda. Od znajomych dowiedziałem się o Polskim Towarzystwie Tatrzańskim, organizacji, która skupia entuzjastów wycieczek górskich. Niestety pandemia COVID przeszkodziła w planach i znowu siedziałem w domu, przy komputerze i szklance Whisky.
W styczniu 2021 moja frustracja osiągnęła masę krytyczną. Trochę późno, zważywszy, że pracowałem na to naście lat. Na szczęście poluzowano reżim covidowy i Polskie Towarzystwo Tatrzańskie zaczęło organizować wycieczki. Niesiony falą entuzjazmu zaangażowałem się w życie tego stowarzyszenia, pełniąc rolę skarbnika lokalnego oddziału, a także członka Zarządu Głównego PTT. W góry ciągnęło mnie zawsze, tam czułem się wolny, szczęśliwy i świeży. Inspirowany relacjami z wypraw górskich postawiłem sobie cel – przejść Główny Szlak Beskidzki. Bez planu, bez sprzętu i bardzo chaotycznie zacząłem przygotowania. Zapał szybko minął i tak naprawdę, pomimo kilku wyjazdów w góry, niewiele się zmieniło.
Pierwszego dnia roku 2022, pamiętam to dokładnie, jak nocny koszmar, waga pokazała 92,7kg, co przy moim wzroście 173 cm było jakąś kosmiczną dla mnie wartością. Wysokie ciśnienie, zadyszka po kilku metrach i brak chęci do życia. Znów to przeżywałem. Pogorszyły się wyniki badań, wróciły czarne myśli, ale jakoś udało mi się zmobilizować do wyjścia z domu. Nie były to biegi, treningi, czy coś ambitnego – ot zwykłe spacery po lesie. Zauważyłem wtedy jak ruch zbawiennie wpływa na moją psychikę.
Podjąłem konkretne postanowienie i opracowałem plan. W maju Mały Szlak Beskidzki, w okolicy Bożego Ciała, kolejnego roku – wymarzony GSB. Zacząłem trenować nieporadnie, ale z dużym zapałem. Trochę siłowni, trochę na orbitreku, trochę marszobiegów z naciskiem na marsz, bo bieganie wywoływało u mnie mdłości. Zacząłem też pisać ten blog. Sto pięćdziesiąt kilometrów Małego Szlaku Beskidzkiego przeszedłem z kolegą w pięć dni, co było wtedy nie lada wyczynem. To był spokojny marsz, z noclegami na łonie natury i głową pełną marzeń o kolejnych wyzwaniach, które będę podejmował. Ostatniego dnia, podchodząc na Kiczerę, poznałem dwie biegaczki, które zamierzały pokonać szlak w jednym etapie. Mając na względzie zmęczenie przy dystansie podzielonym na pięć odcinków - był to szok. Z drugiej strony mocno mnie zaintrygowało takie podejście do tematu. Wtedy to w głowie zaczęło kiełkować mi ziarno miłości do biegów górskich.
Potem zakochałem się w Tatrach, praktycznie co tydzień wycieczka i ciągle było mi mało. Nabierałem doświadczenia, kondycji, zdrowie znacznie się poprawiło i tak jakoś naturalnie, sama z siebie zniknęła depresja, wróciły zapał i chęć do życia. Prawdziwym przełomem było jednak przejście GSB. Trzynaście dni obcowania z naturą, swoimi lękami, ograniczeniami i brakiem wiary w siebie, pozwoliły mi na całkowitą zmianę systemu wartości. To było jak katharsis, stałem się innym człowiekiem, podjąłem decyzję o całkowitej abstynencji i rozpoczęcia nowego rozdziału w swoim życiu. Zrozumiałem wtedy, że moja psychika i świadomość są bezpośrednio zależne od tego w jakiej kondycji znajduje się ciało. Że pewność siebie i radość z życia zyskuję przez przekraczanie swoich granic. Mówią, że umysł ma kontrolować ciało, ale moim zdaniem to ciało ma ogromny wpływ na myśli, samopoczucie i nasze zdrowie psychiczne. Myślę, że jestem tego bezpośrednim przykładem. Z osoby stroniącej od wysiłku stałem się biegaczem. To zmieniło całkowicie moje wnętrze, stałem się otwarty i radosny, lubię wyzwania. W biegach górskich kocham to, że stale poznaje nowe, ciekawe osoby o podobnym spojrzeniu na rzeczywistość.
Jesienią 2023 Iza opowiedziała mi o Biegu Rzeźnika, który biegnie się w parach, gdzie trzeba nie tylko walczyć ze swoimi słabościami, ale też wspierać drugą osobę. Potraktowałem to jako nowy cel objawiony przez los. Postanowiłem zmienić formułę poruszania się w górach na marszobiegi, zacząłem także regularnie trenować siłowo. Zaprzyjaźniłem się z jaworznickimi biegaczami z grupy Night Runners. Co środę trenowaliśmy wspólnie. Poznawałem środowisko, specyfikę i różne rodzaje treningów. W kwietniu 2024 roku, zadebiutowałem biegiem w Szczawnicy, na dystansie 64km (Dziki Groń). To była dla mnie lekcja pokory, zmienne warunki pogodowe – słońce, śnieg, a potem deszcz wyssały ze mnie całkowicie siły. Trudne zbiegi zmasakrowały mięśnie nóg, ale umysł i serce oraz słowa otuchy, ze strony innych uczestników biegu, dodawały mi skrzydeł. Ostatecznie ukończyłem dystans w czasie jedenastu godzin i trzydziestu sześciu minut, co może nie jest jakimś imponującym wynikiem, ale dla mnie, żony, córki i przyjaciół czekających na mecie to był absolutny rekord wszechświata. Kolejnym biegiem zaplanowany na ten rok był KBL, w ramach Dolnośląskiego Festiwalu Biegowego. Szczerze mówiąc nie do końca byłem pewien czy dystans prawie 110km nie jest ponad moje siły, ale grupa przyjaciół, która namówiła mnie na to wydarzenie nie miała wątpliwości. „Jak nie przebiegniesz to przejdziesz, damy radę.” I tak też się stało. Dziewiętnaście godzin i dwadzieścia minut minęło szybko w cudownym towarzystwie. Tym razem nie było kryzysów, załamań, pogoda wymarzona, bajeczny wschód słońca, a na mecie oczywiście kochająca rodzina i przyjaciele. Wtedy ostatecznie i bez pamięci pokochałem długie dystanse. Uświadomiłem sobie, że to sposób na życie, którego cały czas poszukiwałem, który daje mi radość, cel i pozwala zmienić perspektywę oraz spojrzenie na różne sytuacje, zwłaszcza te trudne. Potem, we wrześniu, niestety zachorowałem na podostre zapalenie tarczycy – skutek powikłania po grypie i do końca stycznia 2025 musiałem całkowicie zrezygnować z jakiejkolwiek aktywności fizycznej. To był chyba jeden z trudniejszych okresów w moim życiu i ciężko to porównać do czegokolwiek, czego wcześniej dane mi było doświadczyć. Bieganie, spacery i inne aktywności fizyczne są istotną częścią mojego życia. W mojej hierarchii wartości stawiam na je drugim miejscu między rodziną a przyjaciółmi. Jednak wtedy wydawały się jakimś odległym majakiem. Nie miałem nawet siły podnieść głowy z poduszki. Przez cały ten okres żyłem nadzieją, że szybko uda mi się wrócić do zdrowia, treningów i zrealizować zaplanowane cele. Myślałem też o chorobie, że to trochę jak na biegu, są upadki i wzloty, chwile radości i kryzysy. Trzeba po prostu przez to przejść, bo przecież po najczarniejszej nawet nocy czeka na nas wschód słońca. Nie wolno ulegać czarnym myślom – to do niczego nie prowadzi. Życie przynosi nam różne sytuacje, na które nie mamy wpływu. Trzeba je po prostu zaakceptować i iść dalej z nadzieją i optymizmem w sercu.
Rok 2025 mimo choroby i krótkiego okresu przygotowawczego uważam za bardzo udany. W maju przebiegłem Beskidzki Topór Ultra 73km. Spokojnie, treningowo, żeby się przekonać, ile zabrała mi przerwa w aktywnościach. Czas dwanaście i pół godziny dobrze rokował na upragniony, czerwcowy Bieg Rzeźnika. Wydarzenie, które skierowało mnie w stronę biegów górskich, którego się bałem i jednocześnie wyczekiwałem z niecierpliwością, niczym dzieciak urodzinowego prezentu. Naczytałem się dużo, jeszcze więcej naoglądałem, dlatego spodziewałem się błota, kryzysów, potu i łez. Kryzysów i błota brak. Pot był zasługą słonecznej pogody, a łzy to jedynie szczęścia na mecie. Atmosfera, biegacze i sam festiwal – cudowni. Polecam wszystkim. W lipcu wreszcie w Lądku Super Trail – czyli sto trzydzieści kilometrów przez błoto i strugi wody. Równowaga w przyrodzie musi być – deszcz też jest potrzebny, a każde doświadczenie finalnie okazuje się dobre. W czasie biegu myślałem inaczej. Mokre, ciężkie ubrania, zimna noc i ponury klimat odbierały chęci. Po stu kilometrach zaczęła mi schodzić skóra ze stóp. Ale ciągle miałem w pamięci niedawną chorobę i to przypominało mi jakie mam szczęście, że nie każdemu dane jest być na tyle zdrowym, by móc chodzić, a co dopiero biec górskimi szlakami. Dwadzieścia jeden godzin i pięćdziesiąt dwie minuty walki z własnymi słabościami i lękami. Pomimo trudności na mecie myślałem już o powrocie do Lądka w kolejnym sezonie.
Tak wygląda w skrócie historia leczenia mojego ducha przez zadbanie o ciało. Stało się to moim stylem życia, codziennością, bez której nie wyobrażam sobie życia. W planach na przyszły rok mam stumilaka w Lądku, setkę na Jaga-Kora i AK-47 w Nowym Targu. Dalekosiężnie, na pięćdziesiąte urodziny zamierzam przebiec GSB w pięć dni. Ale to tylko zarys planów. Moim głównym celem jest bieganie, nawiązywanie nowych znajomości. Pragnę poznawać siebie. Pokonywać w dalszym ciągu swoje bariery, stawiać poprzeczkę coraz wyżej. Dzielić się ze wszystkimi entuzjazmem, pasją sportową i pokazywać jak dzięki aktywności fizycznej można zmienić swoje nastawienie do życia – walczyć z lękami, słabościami, depresją. Jak odnaleźć sens życia. Jestem zdania, że ostatnie lata mojej egzystencji wpisują się w sentencję „w zdrowym ciele zdrowy duch”. Żyję nią każdego dnia. Chciałbym, żeby ludzie zrozumieli jak wielki wpływ na nasze samopoczucie, zarówno fizyczne jak i psychiczne ma każda spędzona aktywnie minuta. Jest to szczególnie ważne w czasach, w których stronimy od wysiłku, w których każda reklama kształtuje w nas poczucie, że szybko i łatwo znaczy dobrze. Zakupy są dowożone do miejsca zamieszkania, pracujemy zdalnie, a każda atrakcja turystyczna jest dla nas dostępna wirtualnie. Zapominamy, że wychodzenie z domu i interakcje na żywo z innymi ludźmi, ruch i wysiłek fizyczny to nasze naturalne potrzeby. Nie musi tak być. Odkryjmy siebie na nowo,
Pozdrawiam
Artur

Komentarze
Prześlij komentarz